Luksor – najwspanialsze atrakcje Egiptu


Nie ma się co dziwić, że Luksor, czyli starożytne Teby,  tak bardzo zafascynował Aghatę Christie, że wielokrotnie w swoich książkach do niego wracała. Zresztą nie tylko nią. Od czasów kolonialnych przyjeżdżali tu najważniejsi i najbardziej znani ludzie z całego świata. Większość z nich zatrzymywała się w słynnym hotelu Winter Palace: Churchill, Margaret Tatcher, Helmut Kohl, i wielu, wielu innych. Dziś należy do sieci Sofitel, a za dobę w najtańszym pokoju trzeba zapłacić minimum 300 dolarów. Ale są i tańsze oferty. Już za 40 można znaleźć przytulną kwaterę z widokiem na rzekę. Naprawdę warto, bo jest tu wszystko: magiczny Nil, tysiące luksusowych statków, świątynie zbudowane nawet 4 tysiące lat temu, niezliczona ilość starożytnych zabytków… Kto wie, jakie skarby leżą pod ulicami miasta, ile jeszcze grobowców z antycznymi skarbami czeka na odkrycie. No i tajemnic.


Kolosy, które śpiewały o poranku


Kolosy Mnemnona

Kolosy Memnona, Fot.: Tomasz Bonek

Zwiedzanie luksorskich osobliwości zazwyczaj zaczyna się od tak zwanych kolosów Memnona.  Stoją tuż przy drodze prowadzącej do słynnej Doliny Królów, obok pola z trzciną cukrową. Kiedyś strzegły wejścia do wspaniałej świątyni pogrzebowej faraona Amenhotepa III, i jego samego też tak na prawdę prezentują. Postawiono je około 1370 r. p.n.e. Każdy waży ponad 800 ton, a wykonane zostały z kwarcytu. Niestety, już w starożytności były mocno zniszczone, najpierw przez trzęsienia ziemi, później różnej krwi najeźdźców.  Kogo przedstawiają  – udało się ustalić dopiero w XIX wieku, kiedy to rozszyfrowano hieroglify i można było odczytać imiona umieszczone na tych statuach. Do tego czasu o tajemniczych postaciach siedzących na tronie krążyły legendy. A zaczęły powstawać już w 27 r p.n.e. kiedy posąg pękł i od tego momentu, każdego poranka, zaczął wydawać z siebie tajemnicze dźwięki. Miejscowi mówili, że śpiewa. Faktycznie grało na nim rozgrzewające się powietrze, które przechodziło przez szczeliny statuy wyziębionej nocnym chłodem pustyni. Któryś z odwiedzających Teby Greków dostrzegł w nich syna Memnona zabitego przez Achillesa w wojnie trojańskiej, płaczącego za ojcem.  Czar prysł na początku III wieku naszej ery. Wówczas  uszkodzenie naprawił rzymski cesarz Lucjusz Septymiusz Sewer i posąg zamilkł na wieki.

Dziś pod kolosy Memnona przyjeżdżają tysiące turystów z całego świata na próżno nasłuchując jakichkolwiek pisków i trzasków, nawet o poranku.  Za to kupują tu pierwsze pamiątki z Luxoru – figurki, papirusy, mini stelle. Solidnie przepłacają, często za przedmioty bardzo marnej jakości. Warto więc opanować rządzę zabrania cząstki Egiptu do domu. Piękniejsze i tańsze pamiątki można kupić w mniej turystycznych miejscach.

Świątynia kobiety, która została faraonem


Świątynia Hatszepsut

Świątynia Hatszepsut, Fot.: Tomasz Bonek

Prawdopodobnie tylko dwa razy w ciągu tysiącleci kobieta zasiadła na egipskim tronie, by samodzielnie władać państwem. Pierwszą była Sebek – Nefuru około 1789 r p.n.e. 300 lat później urodziła się Hatszepsut. Córka Totmesa I, który zapoczątkował budowanie grobowców w słynnej Dolinie Królów – była jego jedynym dzieckiem z prawego łoża. Ale kobieta nie mogła, zgodnie ze zwyczajami, objąć tronu, podobnie zresztą jak nieślubni synowie, w których żyłach płynęła tylko połowa królewskiej krwi. Kapłani uknuli jednak intrygę. Prawa do tronu nabył Totmes II, wystarczyło, że poślubił swoją przyrodnią siostrę i królewską córkę pełnej krwi – Hatszepsut. I tak taż się stało. Panowanie nie trwało jednak długo. Po trzech latach faraon zmarł. Historia zatoczyła koło, bo i on – podobnie jak ojciec – nie miał syna z prawego łoża. Kapłani po raz kolejny wkroczyli do gry – zainscenizowali cud. Podczas procesji posąg boga Amona – Re zatrzymał się przed zaledwie kilkuletnim Totmesem III i oznajmił, że on będzie władał doliną Nilu, a do czasu pełnoletniości faraona ustanowiono regencję – w jego imieniu miała rządzić Hatszepsut. Po siedmiu latach nie zdecydowała się jednak oddać władzy pasierbowi. Odsunęła go od dworu i sama mianowała się faraonem, królem Egiptu. Zaczęła razem ze swoim kochankiem, przyjacielem i architektem tworzyć dzieło swojego życia – własną świątynię grobową.

Całkiem niedawno, bo dopiero w 2002 roku, miejsce to udostępnione zostało zwiedzającym. Świątynia Hatszepsut stanowi ogromną atrakcję turystyczną nie tylko ze względu na postać samej królowej, ale również z powodu niewyjaśnionych, mających tu miejsce zdarzeń. Niektórzy mówią, że jest to siedlisko demonów, czarnej magii, dziwnych mocy. Sądzi się, iż nad miejscem poświęconym Hatszepsut wisi klątwa, która nie przestaje zbierać śmiertelnego żniwa. Od starożytności zawsze tu kogoś mordowano. Polscy archeolodzy, którzy tu pracują też opowiadają, że wiecznie coś komuś spada na głowę, dzieją się niewyjaśnione rzeczy. Ale do najgorszej tragedii doszło pod koniec listopada 1997 roku, kiedy świątynię dopiero restaurowano. Grupa islamskich fundamentalistów dokonała tu zamachu. Zginęło wówczas ponad 50 osób, głównie turystów z Niemiec.

Posąg Hatszepsut w jej świątyni. Luksor Zachodni. , Fot.: Tomasz Bonek

Hatszepsut

Magiczną moc wyczuwają nie tylko archeolodzy, ale również odwiedzający świątynię turyści. Nie bez powodu słynna pisarka kryminałów Agatha Christie wybrała Świątynię Hatszepsut na miejsce akcji jednego ze swoich dzieł zatytułowanych „Zakończeniem jest śmierć”. Ścieżkę w pobliżu budowli, na której dokonano powieściowego morderstwa nazywa się obecnie ścieżką Agathy Christie.
Ale są i przyjemniejsze aspekty. Zainteresowani historią i archeologią mogą spróbować tu szczęścia. W samym sercu świątyni, w jej najwyższym punkcie, na małym tarasie znajdującym się tuż za posągami Hatszepsut podpierającymi kolumny znajdują się bardzo ciekawe drzwi. Przy nich napis: Polska – Egipska misja archeologiczna. Odważniejsi turyści czasami je otwierają i spotykają za nimi ciekawych ludzi – naukowców, rodaków, którzy z reguły nie odmawiają i opowiadają o swojej pracy.

Klątwa i zemsta faraona

– Kiedy moje oczy stopniowo przyzwyczajały się do światła , powoli wyłaniały się z ciemności szczegóły pomieszczenia, dziwne zwierzęta, posągi i złoto – wszędzie blask złota. Na chwilę – która pozostałym musiała wydać się wiecznością – oniemiałem z wrażenia, a kiedy lord Carnarvon, nie mogąc już dłużej wytrzymać, zapytał niecierpliwie: Czy pan coś widzi?, zdołałem jedynie wyszeptać: Tak, wspaniałe rzeczy! – tak Howard Carter opisywał swoje pierwsze wrażenia po tym, jak w 1922 roku zajrzał do grobowca Tutenchamona.

Feluka na Nilu

Były tam złote rydwany, posągi faraona i egipskich bóstw, bogato zdobione naczynia, królewskie łoże, wiklinowe kosze. W sumie kilka tysięcy przedmiotów, których katalogowanie i mozolne wynoszenie trwało latami.
Dziś większość przewodników odradza turystom zwiedzanie grobowca najsłynniejszego faraona. Bo jest mały, ubogo i tandetnie zdobiony, aby go zobaczyć trzeba kupić dodatkowy bilet. Mimo że inne komory grobowe są piękniejsze, warto jednak zajrzeć i do miejsca pochówku Tutenchamona. Chociażby, aby na własne oczy przekonać się, że chowano go w pośpiechu. Ten kto pochował faraona zostawał bowiem jego następcą. Skoro Tutenchamon nie miał prawowitych następców, do tronu pretendowali najwyżsi urzędnicy królestwa i starali się, jak najszybciej zakończyć ostatnią drogę złotego króla. Jego grobowiec ma więc zaledwie 4 małe pomieszczenia. Malowidła, jak nigdzie indziej, są tu prawie naturalnej wielkości – aby szybko pokryć całe ściany. A sarkofag ma wyraźne ślady przeróbek – zatarto niektóre hieroglify, część zdobień zamiast wykuwać w skale po prostu domalowano.

W grobowcu nie zobaczymy też skarbów. Większość z nich znajduje się w muzeum kairskim, kilkadziesiąt natomiast w luksorskim.  Trzeba więc pojechać do stolicy Egiptu.
Niestety, od dłuższego już czasu w Dolinie Królów nie zrobimy już żadnych zdjęć. Nawet na zewnątrz. Aparaty trzeba zostawić przed wejściem na jej teren, w depozycie. Raczej nie należy próbować ich też przemycać. Wyciągnięcie sprzętu fotograficznego w którymkolwiek grobowcu grozi jego konfiskatą. No i niestety, pilnujący są w tym zakresie coraz bardziej restrykcyjni. Nie pomaga już nawet drobna zapomoga (czytaj łapówka) w postaci arabskiej daniny nazywanej bakszyszem.

Ale oglądając grobowce faraonów warto pokusić się o rozmowy z kilkoma nadzorcami. Niektórzy potrafią dobrze mówić po angielsku i znają wiele ciekawy opowieści, anegdot. Straszą np. klątwą faraona… Nie ma ona nic wspólnego z ożywającymi nagle mumiami, które gonią turystów. Ani nawet z opowieściami o tajemniczych zgonach, które miały następować po otwarciu niektórych mogił. W latach 20. XX wieku prasa światowa rozpisywała się np. o zagadkowej śmierci lorda Carnarvona, sponsora poszukiwań skarbów Tutenchamona, który zmarł tydzień po wejściu do grobowca. Współczesna klątwa faraona, zwana też jego zemstą, to – mało eleganckie – rozwolnienie! Cierpi z jego powodu zdecydowana większość turystów odwiedzających kraj faraonów. I wcale nie muszą eksplorować grobowców w Dolinie Królów.
Problemy gastryczne są związane z wymianą fizjologicznej flory bakteryjnej w przewodzie pokarmowych i praktycznie nie da się ich uniknąć. Kto ma zachorować, i tak zachoruje. Nawet jeśli nie będzie jadł surowych owoców, czy innych smakołyków lokalnej kuchni. Fakt, nie wolno w Egipcie pić wody niewiadomego pochodzenia, czy kranowej. Tylko butelkowaną, ze sklepu bądź hotelu. Inaczej grozi zakażenie amebą, a to już poważniejszy problem niż krótkotrwały rozstrój, na który pomagają zabrane z Polski: Loperamid, Nifuroxazyd. Niektórzy twierdzą, że dobrze chroni przed zemstą, czy klątwą  sznaps z czystej wódki spożyty po każdym posiłku.

Mieszkać po ciemnej stronie świata

Medinet Habu - świątynia Ramzesa III

Świątynia Ramzesa III – Medinet Habu, Fot.: Tomasz Bonek

Starożytni Egipcjanie wierzyli, że po zachodniej stronie Nilu kończy się życie. Tam też znajduje się kraina umarłych, gdzie na niegodziwych czeka potępienie, a prawych życie wieczne. Potwierdzać to miała codzienna śmierć boga Ra – czyli słońca, które każdego dnia przemierzało drogę po nieboskłonie, by umrzeć na zachodzie i o poranku odrodzić się na wschodzie. Ten cykl wyznaczał im dobowy rytm życia, był sprawcą odwiecznego porządku.
Na zachodzie grzebano więc zmarłych, a życie toczyło się po wschodniej stronie rzeki. Ale do czasu. Faraon Ramzes III wzniósł w Tebach Zachodnich swoją świątynię grobową. To tu miano oddać mu cześć w jego ostatnie drodze. Oczekują, jak każdy pobożny Egipcjanin, na śmierć, Ramzes III obok świątyni wybudował swój pałac. Dziś zespół tych obiektów nazywany jest Medinet Habu. I trzeba go zobaczyć, bo: to jedyny zabytek tego typu nad Nilem, nie ma tu tłumów turystów, jak przy świątyni Hatszepsut, więc wszystko można dokładnie obejrzeć.
Za życia faraona mieszkało tu koło 60 tys. osób, kapłanów, urzędników, służących, kucharzy, handlarzy, itd.. To prawdziwe miasto – świątynia wyznaczało styl życia w całym państwie, było najważniejszym jego ośrodkiem. Wspaniałą jej częścią był pałac królewski, którego ruiny możemy oglądać do dzisiaj. Przed najwyższymi pylonami świątyni trzeba skręcić w lewo, tam gdzie raczej nie udają się inni. Teren dostępny jest bez problemu i można go spokojnie zwiedzać. Zobaczyć tu można małą salę tronową, z wyraźnie wydzielonym podwyższeniem dla króla. Jest też… starożytna toaleta. Nie trudno ją znaleźć, a nawet jeśli są problemy z jej zlokalizowaniem, wystarczy zapytać jednego z pilnujących Egipcjan – za skromny bakszysz ochoczo ją wskaże.

Ceremonia liczenia rąk na reliefach w Medinet Habu

Ceremonia liczenia rąk na ścianach świątyni Ramzesa III, Medinet Habu, Fot.: Tomasz Bonek

Po zwiedzaniu Medinet Habu warto zajrzeć do jednej z miejscowych restauracji, które są tuż przy samym wejściu do tych niezwykłych obiektów. Na przykład do Ala El Din. W kuchni egipskiej mieszają się smaki: arabskie, śródziemnomorskie, pustynne. Miłośnicy baraniny, wołowiny, czy drobi mają tu używanie. Do tego mnóstwo kminu, kurkumy, kolendry, pietruszki. Kulinarną ucztę warto zacząć od zupy: mięsnej (lahma), warzywnej (chudar) lub rybnej (samak). Potem koniecznie falafel – kulki z warzyw strączkowych smażone na głębokim tłuszczu. A na koniec np. grilowanego gołębia – coś niesamowitego. Na koniec można wszystko to popić akcentem międzynarodowym – w restauracjach egipskich dostępne jest piwo, nawet lokalne, choć islam zakazuje spożywania alkoholu, o nazwie Stella.

Świątynie po wschodniej stronie


Świątynia Amona Ra w Karnaku

Świątynia w Karnaku, Fot.: Tomasz Bonek

Zajmuje powierzchnię ponad 40 hektarów. Jej długość przekracza 220 m. Rozbudowywano ją aż przez 1300 lat! Świątynia Amona Ra oddalona od Luxoru o 3,5 km zachwyca do dzisiaj i jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Egipcie. Służyło tu bogom 20 tys. kapłanów.
Amon był bogiem stworzenia, urodzajnych plonów, płodności zwierząt i ludzi. Wraz ze swoją żoną boginią Mut i synem Chonsu tworzył jedność, świętą trójcę, która panowała nad starożytnymi Tebami i jej właśnie oddawano tu cześć. W czasach tzw. Nowego Państwa, czyli w ostatnim wielkim okresie prosperity starożytnego Egiptu, często świątyniami władały triady, co stało się później jednym z filarów wiary chrześcijan.
Amona najpierw czczono tylko w Tebach, jako boga lokalnego. Około 1550 r p.n.e. kapłani z tego okręgu, przejmując władzę religijną nad całym Nilem, wzmacniając swe wpływy polityczne, symbolicznie połączyli go z Ra – bogiem słońcem. Amon Ra stał się bogiem narodowym, tak wpływowym, że jego arcykapłanami zostawali sami faraonowie. Nic więc dziwnego, że w jego świątyni gromadzono największe skarby. W czasach największej świetności ociekała zlotem. Była też centrum życia politycznego i religijnego państwa.

Chepri - skarabeusz w Karnaku

Skarabeusz Chepri w świątyni w Karnaku, Fot.: Tomasz Bonek

Niestety, od czasu zburzenia Teb przez Asyryjczyków w 663 r p.n.e. do końca XIX w n.e. była sukcesywnie niszczona. Z jednej strony przez zalewające nią wody Nilu, z drugiej przez Chrześcijan – Koptów, ekspansywnie propagujących nową religię i walczących ze starymi wierzeniami, w końcu przez okoliczną ludność, która przez wieki Karnak traktowała jako wspaniały kamieniołom do pozyskiwania kamieni pod budowę wszelakich obiektów.
Dziś można oglądać tu jedynie ruiny. Ale i one robią na zwiedzających kolosalne wrażenie. Przede wszystkim wspaniałe obeliski, których szczyty w starożytności pokryte były zlotem lub stopem złota ze srebrem. I sala hypostylowa, największa jaką kiedykolwiek zbudowano w starożytności. Znajduje się tutaj 134 ogromnych kolumn, z których najwyższe mają po 23m. Na nich opierały się kamienne płyty tworzące dach. Tylko można sobie wyobrazić, jakie wrażenie musiała robić taka konstrukcja na przybyszu, któremu pozwolono wejść do środka sali.
Karnak zadziwia też ogromnym świętym jeziorem, którego jeden brzeg ma 120 m długości. Rytuały, które były tu odprawiane opisywał już grecki historyk, podróżnik i filozof Herodot.
Nieopodal trzeba koniecznie podejść do  wielkiego kamiennego skarabeusza Chepri, ustawionego przez faraona Amenhotepa III. Legenda głosi, że ten kto obejdzie go 12 razy zapewni sobie 12 lat szczęścia. Warto więc spróbować.

Najdłuższa aleja sfinksów i krew na ścianach świątyni


Aleja sfinksów w Luksorze

Aleja sfinksów w Luksorze, Fot.: Tomasz Bonek

Myli się ten, kto myśli, że sfinks jest tylko jeden, ten w Gizie, pod słynnymi piramidami. Sfinksy stawiano w starożytnym Egipcie bardzo często. Najwięcej jest ich w Karnaku i Luksorze. Te dwie świątynie poświęcone Amonowi – Ra łączyła trzykilometrowa aleja, po obu stronach której stały właśnie sfinksy, prawie identyczne, z głowami baranów – świętych zwierząt boga.
Aleja jest właśnie rekonstruowana. Od strony Luksoru sukcesywnie wydłużana, przez wykupywanie gruntów od prywatnych właścicieli. Państwo płaci za nie wysokie ceny, ale każe niemal natychmiast opuszczać działkę. Od razu do akcji wkraczają archeolodzy, szukający zabytków. Za kilka lat ma stać się jedną z głównych atrakcji Luksoru i połączyć oba obiekty, tak, aby ułatwić ich zwiedzanie.
W Luksorze aleja prowadzi aż do wielkich pylonów postawionych tu przez Ramzesa II zwanego Wielkim, którego olbrzymie statuy ustawione tuż przy nich witają przybyszów.

Posąg Ramzesa II w świątyni Luksorskiej, Fot.: Tomasz Bonek

Świątynia luksorska - posąg Ramzesa II

Za pylonami znajduje się olbrzymi dziedziniec, a na nim… meczet Abu el-Haggag. Muzułmanie nie zgodzili się na jego zburzenie, kiedy rozpoczęto tu prace archeologiczne. Do dzisiaj nie pozwolono nawet na jakiekolwiek badania pod nim. Nie widomo nawet jakie może skrywać tajemnice. A można podejrzewać, że i tu znajdować się mogą wspaniałe zabytki. Nieopodal, w roku 1989, archeolodzy pod kamienną posadzką odkryli 20 wspaniałych, nieźle zachowanych posągów faraonów. Było to jedno z najważniejszych odkryć egipskich ostatniego półwiecza. Można je teraz oglądać w bardzo ciekawym i nowoczesnym muzeum luksorskim.
A na koniec zwiedzania jeszcze dwie niespodzianki. Zagłębiając się w świątynię spotkamy po drodze statuę dobrze znanego wszystkim Tutenchamona. Wykonana z białego kalcytu przedstawiam faraona razem z małżonką Anchesenamon.
Idąc dalej trafimy do kaplicy, której ściany, niemal całe, pokryte są śladami krwi. W dodatku świeżej. Czy ktoś odprawia tu do dzisiaj tajemne rytuały? Czy w Luksorze praktykuje się magiczne obrządki wzorem ze starożytności. Pewnie taki temat wykorzystałaby Agata Christi!
Takie bajki często opowiada się tu turystom. Ale nie należy w nie wierzyć. Te ślady zostawiają… nietoperze, których dziesiątki wlatują tu każdej nocy i nie mogąc się wydostać, od stuleci rozbijają się o ściany, stąd na nich ślady krwi.

Magiczny targ zwany sukiem


Tuż po wyjściu z luksorskiej świątyni, warto skręcić w jedną z wąskich uliczek. Zaczyna się wielki suk – arabski bazar. Można na nim kupić prawie wszystko. Od przypraw z całego świata, po plastikowe balie, antyki, ryby i surowe mięso. A przy okazji dać się ogolić, oddać rzeczy do pralni, zasiąść w kawiarni, by zapalić fajkę wodną zwaną sziszą. Albo zjeść falafel, bądź kebab w egipskim chlebie. No i napić się orzeźwiającego soku z trzciny cukrowej – to jeden z najciekawszych smaków, z którymi można się spotkać w kraju faraonów. Po prostu trzeba go spróbować, aby móc się chwalić, że na prawdę poznało się życie nad Nilem. Obowiązkowa jest też niesamowicie słodka kawa, zazwyczaj gotowana z dodatkiem kardamonu.
Suk jest też najwłaściwszym miejscem do kupowanie pamiątek z podróży. Są tu zarówno rzeczy szykowane specjalnie dla turystów, jak i te najprawdziwsze, codziennie używane przez zwykłych Egipcjan. Warto więc zwrócić uwagę na czarne figurki starożytnych bogów: szakala Anubisa, Amona – Mina z wielkim penisem, sfinksów, itd.. Sprzedawcy przekonują, że są wykonane z bazaltu, nawet stukają nimi o twarde przedmioty, by to udowodnić. Ale naprawdę odlano je z mieszanek żywic i tworzyw sztucznych, więc trzeba przymrużyć oko, i grzecznie przytaknąć handlarzowi, dobrze wiedząc swoje. No i się targować, ostro. To należy do dobrego zwyczaju. Czasami uda się osiągnąć kilka procent z zadeklarowanej na początku ceny. Taki jest tutaj standard i trzeba się do tego przyzwyczaić. Ot, urok kultury arabskiej.
Z Egiptu można też przywieść wspaniałą galabiję, czyli długie ubranie, przypominające nieco koszulę nocną. Te prawdziwe wykonane są z bawełny, a nie ze sztucznych tworzyw. Męskie nie mają praktycznie żadnych zdobień. Te eleganckie, ewentualnie, delikatnych haft, np. w kolorze całości.

Ogromny jest też wybór szisz, czyli fajek wodnych. A do nich oferowane są niezliczone ilości gatunków aromatyzowanych tytoni. Najpopularniejszy i najczęściej wybierany przez Arabów jest jabłkowy.
Stąd także przywozi się aromatyczne, egzotyczne przyprawy. Sprowadzane są tu z całego świata, szczególnie z Dalekiego Wschodu i dystrybuowane dalej, do Europy. Popularna jest np. Garam masala – mieszanka, w skład której wchodzą zazwyczaj: kolendra, pieprz czarny, kardamon i goździki. Ciekawostką są też kule tamaryszkowe, które niektórzy dodają razem z ostrymi przyprawami do jedzenia, inni przyrządzają leczniczy napar łagodzący bóle gardła. Standardem przywożonym znad Nilu jest już karkade – kwiat sudańskiego hibiskusa, napar obniżający ciśnienie, orzeźwiający w gorące dni.
Trzeba natomiast uważać na papirusy. Większość tych sprzedawanych na ulicy jest podrabiana. Te za dolara za sztukę na pewno są zrobione z włókna bananowca, zamiast z prawdziwego papirusu. Najczęściej wzór mają wyklejony kalkomanią, nierzadko niestarannie, krzywo.
W sklepach jubilerskich warto natomiast zwrócić uwagę na egipskie złoto, które ma nietypowy, piękny kolor. Jest dużo bardziej żółte, niż to, które znamy. Zazwyczaj ma 18 karatów, a niektóre wyroby są przygotowywane ręcznie. Na wystawach wzrok przykuwają tysiące złotych, prostych bransolet, które Egipcjanki kolekcjonują przez całe życie. W witrynach spotkamy też wiele kompletów biżuterii, które kupowane są jako prezenty ślubne. Składają się m.in. z długich i ciężkich złotych łańcuchów, pierścionków, kolczyków i bransolet. Dla turystów są natomiast tysiące wyrobów przypominających starożytne ozdoby. Z hieroglifami, podobiznami Nefretete, albo sfinksa. Najpopularniejsze są natomiast kartusze – królewskie owale z wygrawerowanym imieniem zapisanym w staroegipskim języku. To chyba najlepsza pamiątka z Luksoru. Oczywiście oprócz niesamowitych i niepowtarzalnych wrażeń, których nikt nikomu nie zabierze.

Tomasz Bonek